wtorek, 11 marca 2014

CHAPTER 10. CHINA. PEKIN. HUTONGI




Hutongi to kręte uliczki pełne zaułków, małych, niskich budyneczków. Powstały już w XII wieku i cieszą się dość dużą popularnością wśród turystów. Oczywiście i ja chciałam się przekonać, co tak naprawdę kryje się pod magiczną nazwą. 


Możliwe, że istnieją piękne i bogate hutongi, możliwe, że doprowadzone są do nich wodociągi oraz centralne ogrzewanie, możliwe, że ludzie są szczęśliwi, mieszkając w nich. Jednakże ja trafiłam do innej bajki. Bajki, pełnej biedy, prostoty, ale także pełnej codziennych rozrywek, w postaci grania w szachy czy w karty. 


Czas tu upływa inaczej, czyli od darmowego posiłku wydawanego w specjalnej stołówce w centralnej części hutongów, do następnego posiłku. Ludzie starają się pracować, bo jak tam dotarliśmy, spotkaliśmy wyłącznie kilka osób, ale ich zarobki są w stanie jedynie pokryć podstawowe wydatki. Niemniej, ludzie starają się być pogodni i uśmiechnięci.


Widząc obcokrajowca, uśmiechają się, machają ręką, starają pokazać swoją gościnność oraz otwartość na inne kultury. Nie żyją problemami innych - nie zazdroszczą, jak sąsiad ma lepszy samochód, lodówkę czy pralkę, kupił nowe Ray Bany czy torebkę z Prady. Nie, te oderwane od rzeczywistości problemy ich nie dotyczą ani też nie obchodzą. Bo po co? 


Nie chodzi tutaj nawet o kwestię dóbr czy dostępu do luksusu, ale o samo nastawienie. Z tego co zauważyłam, Chińczycy nie zazdroszczą. Po prostu i zwyczajnie nie. To zachowanie raczej nie istnieje w ich kulturze - jeżeli ktoś coś osiągnął, stawiają sobie tę osobę za wzór, że jeżeli do czegoś się dąży, to można to osiągnąć i starają się "dogonić" sąsiada, a nie zazdroszczą, jak w innych krajach przeżartych przez znudzenie i bylejakość.



Szczególnie wzruszył mnie widok, kiedy mała dziewczynka odrabiała lekcje w swoim domu. Niestety dom ten nie miał okien i jedyny dostęp do światła stanowiły delikatnie uchylone drzwi na zewnątrz. Mimo to słyszeliśmy, jak powtarza słówka angielskie, gdyż angielski jest jej nadzieją na lepsze jutro. W środku nie było niczego oprócz dwóch krzeseł kuchennych, stolika, kilku łóżek i szafy. To cały dobytek jej rodziny i całe jej szczęście.



Chiny skłaniają mnie do myślenia. Bo tak naprawdę nikt z nas nie potrzebuje wiele. Ale jednak kupimy setną parę spodni czy sweter, bo przecież już miesiąc nie byliśmy na zakupach, nie zauważając, że tak naprawdę to nam szczęścia nie da, jedynie chwilowe zadowolenie z dbania o swoją zewnętrzną otoczkę. 



5 komentarzy:

  1. Ty tam uważaj na siebie bo Cie jakiś ninja dopadnie ^^

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Spokojna głowa, ninja obecnie rezyduje w Japonii, po sąsiedzku:)

      Usuń
  2. Uwielbiam takie zakamarki, gdzie można podpatrzeć życie ludzi :)
    Buziaki!

    OdpowiedzUsuń
  3. Pięknie to napisałaś. Nie mogę się wyzbyć wrażenia, że z Twoich słów bije odrobinę goryczy. I słusznie.
    Też miałam podobne odczucia w Indiach. Człowiek nabiera takiego dystansu do wszystkiego. Patrzy na siebie, na to co ma w rękach i się zastanawia, kim ja jestem, co robię na tym świecie, czym sobie zasłużyłam na to, co mam?!
    Pozdrawiam, Asia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chyba tak się dzieje już z nami - ludźmi, którzy zwiedzają różne części świata. Przez to nabieramy dystansu i trochę się zmienia nasza perspektywa. Niemniej, wspomniałaś o Indiach - mam pytanie: naprawdę jest tam tak niebezpiecznie? Noszę się z zamiarem pojechania tam w następnym roku, zostać w Delphi na około tydzień i potem pojechać do kraju obok. Tak się bardziej opłaca finansowo, bo bilety lotniczne wyjdą 1000 zł taniej w jedną stronę. Stąd pytanie - jechać czy nie? :)

      Usuń