niedziela, 31 sierpnia 2014

CHAPTER 17. CHINA. NANKIN



I zawitaliśmy do Nankinu. Kiedy wracam wspomnieniami do mojego pobytu w nim to tylko 3 rzeczy cisną mi się na usta:
1. Kompletnie wyludnione
2. Wszędzie daleko
3. Wielki smog i wszystko pachnie prochem strzelniczym


Zaraz zaraz. Zaraz podniosą się protesty, że to nie tak, że jest mnóstwo ludzi itp. Tak, to wszystko prawda, ale okres, w którym byłam w tamtym czasie w Nankinie przypadał na Chiński Nowy Rok. A jest to czas, który odpowiada naszym Świętąom Bożego Narodzenia, a więc wszyscy (w większości) siedzieli wtedy w domach. Abyśmy mogli zrozumieć tutaj istotę wspólnego biesiadowania w chińskim wydaniu, musimy przyjąć chińską perspektywę. W Chinach nierzadkim jest przypadek, kiedy młoda rodzina - tradycyjny model: 2+1 - jest rozdzielona. Młody mąż oraz aspirujący pracownik zrobi wszystko, żeby zapewnić byt rodzinie. Chinami rządzi pieniądz i nic nie powstrzyma żywiciela rodziny przed delegacjami trwającymi czasami po kilka lat, w miejscach oddalonych od domu o nawet 2000 km. Dlatego też dla wielu chińskich rodzin czas Chińskiego Nowego Roku to czas, kiedy żony mogą zobaczyć ten jeden jedyny dzień (maksymalnie dni pięć) w roku swojego męża, a dziecko tatę. 


Dlaczego wszędzie daleko? Nie będę rozpisywać się tutaj na temat wielkości chińskich miast, które są przeogromne. Inaczej - jako że Chiński Nowy Rok spędzałam z zaprzyjaźnioną rodziną chińską, a mieszkali oni na osiedlu na przedmieściach Nankinu, więc do hipermarketu, do którego codziennie wysyłała nas mama mojego chińskiego kolegi było dość daleko. Nie robiła ona tego z przekory, żebyśmy wyściubili tylko nosek zza ciepłego wnętrza mieszkania. Przeciwnie, to z prawdziwej troski o nasze zdrowie - przecież nie można całych dni spędzać przed telewizorem!



Wielki smog i zapach jak po strzelaninie w czasie kowbojów w odległym Teksasie był wynikiem niczego innego jak kompulsywnego i silnie zakorzenionego w obecnej kulturze Chin zwyczaju puszczania fajerwerków. Niech Wam się tylko nie zdaje, że trwało to tylko jeden wieczór. Co prawda huk i efekty porównywalne do godziny 24:00 na Nowy Rok, ale tutaj w wydaniu all-inclusive, czyli 5 dni pod rząd, z przerwami w godzinach 2 w nocy - 6 rano.


Nankin warto wspomnieć i odwiedzić z powodu jego wagi w klasyfikacji miast chińskich - przez wiele lat sprawował przecież miejsce stolicy kraju. To tu dokonano masakry na ludności nankińskiej na przełomie 1937-1938 dokonanej przez Japończyków. Wg źródeł chińskich zginęło wówczas 200 000 chińskich obywateli. Mój przyjaciel Chińczyk porównywał te czasy do czasów Holocaustu. Chcąc zgłębić historię tego wydarzenia, obejrzeć miliony raportów i zastanowić nad granicami kondycji człowieka i początkiem bestialstwa, możemy udać się do muzeum poświęconemu pamięci ofiar w Nankinie.

Aby oderwać się na moment od problemów zawiłości historycznej, udaliśmy się - według mojego przyjaciela - na najlepsze nudle w całych Chinach. Rzeczywiście, smakowały wybornie, a niesamowity ruch i oczekiwanie na stolik ok. 20 min. przed restauracją stanowiły wystarczającą reklamę.


Żeby nie wrosnąć w stołek, zmuszeni byliśmy przez skwapliwą mamę Chińczyka do codziennego zwiedzania miasta - tak, tak, to wszystko dla zdrowia. Na początku więc udaliśmy się na Purpurową Górę. Zwiedziliśmy też tam planetarium, jednak wtedy siąpiło i było zimno, więc szybko się stamtąd zmyliśmy.


Któregoś dnia obfitego deszczu wpadliśmy na pomysł nieco się ukulturalnić, więc ruszyliśmy dziarskim krokiem do nankińskiego muzeum. Przeszło ono moje najśmielsze oczekiwania. Wielopiętrowe, nowoczesne, z dokładną klasyfikacją i wielością eksponatów sprawiło, że spędziliśmy tam dobre pięć godzin. Polecam każdemu, kto jest zainteresowany Chinami w aspekcie historycznym od początków, czyli od kości dinozaurów z tego terenu do czasów współczesnych. Prawdziwa skarbnica ornamentów. Uwaga! Uzależnia.


Bardzo ciekawa była wystawa dotycząca mniejszości etnicznych na terenie Chin oraz ich zwyczajów. Spójrzcie poniżej na zdjęcie - oto przykłady tradycyjnych fryzur. Niezła gratka!


Zaliczyliśmy również pałac prezydencki w Nankinie oraz Mauzoleum Sun Yat-Sena. Ciekawe, warte zobaczenia. W ogóle wiedzieliście, że Sun Yat-Sen to po chińsku Sun Zhong Shan? Na początku jak czytałam napisy chińskie, to kompletnie nie wiedziałam o kogo chodzi. Potem mnie oświeciło i zaliczyłam facepalm.

Dobra, przechodzimy dalej. Nie mogłam odpuścić przejścia mostem rzecznym nad Jangcy z kilku powodów. Raz, że przez wiele lat nosił dumne miano najdłuższego mostu w Chinach - 4,5 km brzmi imponująco, a dwa - z niego pierwszy raz w życiu miałam zaszczyt ujrzeć najdłuższą rzekę Azji, a trzecią na świecie - Jangcy. Sprawę smogu pomijam, gdyż nawet i on nie był w stanie zepsuć podniosłości chwili.


Na koniec, na placu - szczęśliwe, okrąglutkie posągi babuszek sprawiły, że z uśmiechem na ustach i poczuciem satysfakcji zamknęliśmy etap Nankinu.





Do zobaczenia niebawem!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz