niedziela, 10 maja 2015

CHAPTER 26. CHINA. PODRÓŻ KOŃCZYMY NA HERBACIE U KONFUCJUSZA


Nieco nostalgicznie, ale co się przeżyło, to nasze, a zatem - OSTATNI POST O CHINACH (na tę chwilę, gdyż mam nadzieję, że jeszcze tam wrócę). Po Jinanie, odwiedziliśmy jeszcze dwa miejsca w Shandongu: Tai Shan i Qufu.

Tai Shan to to tzw. Święta Góra (na marginesie  - jedna z pięciu w Chinach). Zanim postanowiliśmy tam wyruszyć, poczytaliśmy mnóstwo przewodników i blogów, które te miejsce polecały. Z Jinanu do Tai Shan dostaliśmy się najpierw pociągiem (około godzina jazdy, koło 8 zł za najtańszą opcję biletową) oraz potem autobusem (bilet standardowo - 50gr-1 zł). Pomocni jak zwykle okazali się Chińczycy, bo chyba nigdy nie trafilibyśmy na dobry przystanek. Kochany naród.


Mieliśmy do wyboru dwie opcje - wjechanie na górę kolejką albo wejście. Jako że czujemy się jeszcze jak młodzi bogowie, pełnie wigoru i energii, ochoczo ruszyliśmy pieszo ku przygodzie. Akurat trafiliśmy na dzień, kiedy nie było dużo ludzi, choć z opowiadań wiem, że potrafi tam być tłoczno. Może dlatego tak dobrze wspominam tę wyprawę, natomiast inni ludzie często wskazują na fakt, że czuli się tam jak w puszce sardynek. Co więcej, co chwilę, na kolejnych poziomach czekały na nas chińskie kramiki jak na zdjęciu powyżej - idealna opcja na chwilę odpoczynku.

Uwaga - nie zgadniecie co jest w tych kuflach - tak, HERBATA!
Góra ta jest ośrodkiem buddyzmu, całe drzewa, jak na obrazkach, uginają się od zawieszonych na nich modlitw. Bardzo podobał mi się fakt, że wszędzie można było czuć zapach kadziełek, było bardzo słonecznie i ciepło (+15 stopni) zważywszy na miesiąc - styczeń, co jest ewenementem na skalę  północnych Chin - wszędzie było słychać chińskie mantry, widziałam buddyjskich mnichów, było mnóstwo zwierząt i przepiękna roślinność. To miejsce zdecydowanie było dobre.
Pomimo że dużo znajomych nas namiało do tego, aby wspiąć się na górę, przeczekać tam noc, zobaczyć prześliczny wschód Słońca i zejść nad ranem, musimy im uwierzyć na słowo, gdyż nigdy na szczyt nie dotarliśmy. Wstyd się przyznać, ale w połowie drogi, ucięliśmy sobie nieco za długą drzemkę na kamieniach i jak się przebudziliśmy, musieliśmy pędem wracać na pociąg.
Po powrocie do Jinanu, następnego dnia wyruszyliśmy do Qufu. W Chinach słynne znane jest przede wszystkim z tego, że jest to miejsce urodzenia Konfucjusza. Znajdują się tutaj 3 kompleksy jemu poświęcone - Świątynia Konfucjusza, Rezydencja Konfucjusza oraz Cmentarz Konfucjusza. Oczywiście wszystko zostało wzniesione długo po śmierci Konfucjusza i nie było mu, tylko niektórym członkom jego rodu poświęcone, jednakże nie przeszkadza to żądnym przygód turystom naginać troszeczkę faktów.
Jako że gospodarka Qufu stoi bardzo słabo i miasto nie ma żadnych innych dochodów poza czerpaniem zysków z biletów wstępów do obiektów związanych z osobą Konfucjusza bądź sprzedażą pamiątek, łatwym do przewidzenia jest, że restauracje czy wszelakie bary są również nastawione za zysk. I to spory.

Jednakże my, przywykli do niskich "prawdziwych" chińskich cen, gdzie codziennie w mniejszych miejscowościach obiad za 5 zł jest na porządku dziennym, zaczęliśmy się buntować, kiedy mieliśmy zapłacić nagle 30-50 zł za marną porcję. Szanujmy się. To nie jest Pekin czy Szanghaj, tylko Qufu, w dodatku gdzieś na prowincji. Po godzinie szukania, znaleźliśmy jakiś bar, w którym zjedliśmy obiad z 5 zł właśnie, z tym, że warunki sanitarne - poniżej przeciętnej, ale widząc, że dużo Chińczyków się tam stołuje, stwierdziliśmy, że w sytuacjach stresowych lepiej podążać za tłumem. Plusem, obok ceny, była przemiła obsługa.
Świątynia Konfucjusza - park.

Sprzedaż pamiątek - źródło utrzymania większości mieszkańców Qufu.





Och, to by było na tyle. Z ciężkim sercem stwierdzam, że blog nie jest prostą sprawą, ale stanowi niezły sposób na ulokowanie wspomnień. Dzięki wszystkim, którzy ze mną dotrwali do końca rozdziału o Chinach, miejmy nadzieję, że rychło pojawią się kolejne, z innych zakątków świata!

Tymczasem
Czołem - kluski z rosołem!

Ola


1 komentarz: